Polka napisała „Cost of Living” („Koszt życia”) w 2015 roku. Premiera odbyła się rok później w Williamstown w stanie Massachusetts na tamtejszym festiwalu teatralnym. Sztuka analizuje relacje między osobami niepełnosprawnymi i pełnosprawnymi: między Johnem, aroganckim i błyskotliwym doktorantem z porażeniem mózgowym i jego nową opiekunką Jess, a także między Ani, która po tragicznym wypadku została sparaliżowana i jeździ na wózku, a jej byłym mężem, Eddiem, bezrobotnym kierowcą ciężarówki. W spektaklu, począwszy od wczesnej jego wersji, grają aktorzy, którzy również w życiu borykają się z niepełnosprawnością: Gregg Mozgala (John) i Katy Sullivan (Ani).
W 2018 roku autorka sztuki dostała za nią Pulitzera w kategorii dramat, największe na świecie wyróżnienie w dziedzinie mediów, fotografii i literatury. I do dziś jest jedyną Polką z Pulitzerem. A wraz z tak ważną nagrodą „Cost of Living” zainteresowały się największe teatry w USA i Europie. W Nowym Jorku jako pierwszy wystawił ją teatr na Off Broadway, ten sam, gdzie w 1987 roku debiutowało „Polowanie na karaluchy” Janusza Głowackiego – i to dokładnie trzydzieści lat po tej premierze. Jest z tego dumna, tym bardziej, że sama w swojej sztuce podjęła podobne emigranckie wątki, które Głowacki opisał w „Karaluchach” i „Antygonie w Nowym Jorku”.
Przechodzenie przez wszystkie szczeble ciężkiej pracy i adaptacji w nowym kraju to także jej osobiste doświadczenia oraz jej matki, która wyemigrowała z Polski i pracowała jako sprzątaczka w amerykańskich domach, wychowując córkę. – Inspiruje mnie moja rodzina, moja klasa społeczna i ludzie, z którymi dorastałam, nasze amerykańskie historie, podróże i przeprowadzki. Ale szczególne znaczenie mają dla mnie doświadczenia mojej matki, która była maltretowana przez mojego ojczyma, pracowała na czarno w kraju, gdzie jej nie chciano. Ona zawsze jest moją największą inspiracją – dramatopisarka zapewnia w każdym wywiadzie.
DZIADEK JAK OJCIEC
Ale zanim wyjechała z kraju, mieszkały z matką Justyną w rodzinnym Bytomiu w typowym śląskim familoku. Martyna nie znała swojego ojca. Dziadek, artysta plastyk, specjalnie dla niej malował na ścianach dziecięcego pokoju postaci z bajek. Był jej autorytetem. – Wiem, że dostawał zamówienia na wykonanie obrazów z kościołów, a także prywatne. Żadnych wystaw, o których bym słyszała, nie miał. Nie żył też ekstrawagancko, ale robiąc to, co kochał, był w stanie utrzymać rodzinę: siebie, moją babcię i matkę. Dziadkowi bardzo się podobało to, co robię. Przyjechał do Ameryki na kilka lat, żeby pomóc mojej matce. Pracowali razem w wielu fabrykach. To była ciężka, wielogodzinna praca, a mimo to, kiedy tylko mógł, malował i rysował. Musiał jednak wrócić do Polski, by zaopiekować się moją babcią, kiedy poważnie się rozchorowała. Zmarł w 2012 roku. Tęsknię za nim. Żałuję, że nie możemy dzielić się naszą sztuką – opowiadała kilka lat temu w rozmowie z magazynem „Teatr”.
Był kimś w rodzaju ojca w jej życiu. Gdy zmarł, nie miała pieniędzy, żeby polecieć na pogrzeb, więc zaczęła w żałobie pisać swoją najsłynniejszą sztukę „Cost of Living”. Poza tym, bała się prawdy o jego śmierci. A nie jadąc, mogła myśleć, że on wciąż jest, ale po prostu długo nie rozmawiali. Lata później, gdy dostała za tę sztukę nominację do Tony, wstawiła na instagramowe konto swój portret z dziadkiem i napisała: „Dziadek trzyma mnie dziś za rękę, bez wątpienia. Będę wdzięczna za tę radość do końca moich dni”.
BILARD I „KABARET”
W 1986 roku po wybuchu reaktora elektrowni atomowej w Czarnobylu Martyna zaczęła mieć problemy zdrowotne. Pogarszające się zdrowie córki oraz brak perspektyw finansowych sprawiły, że matka zdecydowała o wyjeździe do USA. Gdy związała się tam z Polakiem i zaszła w ciążę, ściągnęła 5-letnią córkę do siebie. Zamieszkali w imigranckiej dzielnicy New Jersey, Kearny, którą można zobaczyć w serialu „Rodzina Soprano”. Potem wracała do Polski, a potem znów do Ameryki. Mama tłumaczyła, że to wyjazdy na wakacje, a chodziło o wizę.
Uczyła się angielskiego z edukacyjnego programu telewizyjnego „Mister Rogers”, czytała wszystko, co się dało, nawet katolickie podręczniki, które mama przynosiła z fabryki papieru. Była wyczulona na angielski, ponieważ wokół ludzie w większości mówili niepoprawnie. Dorastała w wielokulturowej okolicy, niemal każdy pochodził z innego miejsca na świecie. – Angielski był drugim językiem dla wielu rodzin, jakie poznałam w Ameryce. Większość uczyła się angielskiego, żyjąc i pracując. Nie mogła chodzić do szkoły, ponieważ najpierw musieli uzyskać prawo do pracy. Dlatego widzę piękno w tym, co inni uważali za „skaleczony” język – zapewnia.
Wszyscy sąsiedzi w Kearny mieli podobne zajęcia: pracowali w fabryce, sprzątali domy albo opiekowali się starszymi ludźmi. Jak jej matka, która po rozstaniu z mężem, żeby utrzymać rodzinę, chwytała się dorywczych zajęć. Ona sama jako nastolatka dorabiała jako kelnerka, grając po godzinach w bilard na pieniądze. Pewnego wieczoru wygrała w barze 45 dolarów. Potraktowała to jako znak i postanowiła przeznaczyć na coś wyjątkowego.
Wśród czasopism, które do domu przyniosła mama od swoich pracodawców, sprzątając w okolicy, znalazła ulotkę „Kabaretu” w reżyserii Sama Mendesa. Telewizyjny gwiazdor John Stamos był w obsadzie sztuki, którą wystawiano na Manhattanie. Miała 17 lat. Nigdy wcześniej nie była w teatrze. – O spektaklach myślałam mniej więcej tyle, że jak kogoś nie stać na film, gra wszystko w jednym pokoju. Ewentualnie mogło chodzić o Szekspira, który napisał coś dawno temu – wyznała po latach. Film i telewizja zawsze były dla niej bardziej dostępne niż teatr. Teatr był za drogi, co takich jak ona onieśmielało.
SPAŁA W WANNIE
Ani ona, ani jej mama nie miały pojęcia, co to takiego ten „Kabaret”. Ale w spektaklu grał jej ulubiony w dzieciństwie aktor, czyli wujek Jesse z serialu „Pełna chata”. Najtańszy bilet kosztował 45 dolarów, a więc dokładnie tyle, ile wygrała w bilard. Spektakl odmienił ją całkowicie: uznała, iż jej powołaniem jest teatr. Postanowiła poszukać wydziału dramaturgii i zapisać się na studia. Na studiach w Chicago zdobyła warte 20 tys. dol. stypendium za tekst o jej amerykańskim marzeniu. W 2009 roku to marzenie zaczęło spełniać się w spektakularny sposób: dostała się na wydział dramatu prestiżowego Yale University. W międzyczasie chicagowski Red Tape Theatre wystawił jej sztukę, a potem zaczęły przychodzić pierwsze nagrody.
Po skończeniu Yale, w 2012 roku wraz z przyszłym mężem, Josiahem Banią, również Polakiem mieszkającym w USA (grał w jej sztuce „Ironbound”), przeniosła się z New Haven, w stanie Connecticut, do Nowego Jorku, by podbić tutejsze teatry. Nie od razu się udało. Para nie miała gdzie mieszkać, bez pieniędzy żyli na skraju ubóstwa. W ciągu roku zaliczyli około 13 mieszkań. W jednym z nich musieli sypiać w wannie. Było to jedyne miejsce, do którego nie docierały pluskwy. Rozładowywała frustrację, pisząc.
Bohaterki jej sztuk przypominają losy jej matki. Portretowanie silnych kobiet, które w obliczu niekorzystnych okoliczności postanawiają walczyć o swoją godność, stanie się jedną z najważniejszych cech jej twórczości. – Chciałam podzielić się historiami o ludziach, z którymi dorastałam: o wielu samotnych matkach, które wiele przeżyły i musiały być niewiarygodnie twarde, aby przetrwać – wyjaśniała.
Takie są jej dramaty „Ironbound”, „Queens”, „Sanctuary City”, a także „Cost of Living”. Ten ostatni od 2015 roku wciąż święci triumfy. W maju otrzymał pięć nominacji do Tony Awards 2023 za inscenizację na Broadwayu, w tym w najważniejszej kategorii: najlepsza sztuka. Wprawdzie nie zdobyła nagrody, ale przegrała z legendą teatru – Tomem Stoppardem, autorem sztuki „Leopoldstadt”. 85-letni brytyjski dramaturg to gigant: za scenariusz do „Zakochanego Szekspira” zdobył Oscara, Złoty Glob i złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie; ma na koncie również nagrodę im. Laurence’a Oliviera i cztery nagrody Tony. – Samo bycie w gronie tych wszystkich przeszczęśliwych nominowanych osób było czymś niesamowitym. Cały ten miesiąc wokół gali był czasem celebracji, jednym z najlepszych okresów mojego życia – powtarzała w polskich mediach, dodając, że na galę zabrała mamę, skromnie nie wspominając, że jest jedynym naszym rodakiem, który zdobył nominację w 76-letniej historii Tony.
W teatrze dominują mężczyźni, więc kariera 38-letniej Majok tym bardziej jest niesamowitym wyczynem. W kategorii „najlepsza sztuka” była jedyną nominowaną kobietą. Polka na te dysproporcje płci głośno zwraca uwagę, zwłaszcza odkąd zdobyła nagrodę Greenfield jako pierwsza kobieta w historii tego wyróżnienia.
Już kilka lat temu mówiła: – Jestem przekonana, że mężczyźni piszą świetne sztuki, ale kobiety równie dobre. Ale to, czy zostaną wystawione, zależy od strażników teatralnych bram, czyli dyrektorów artystycznych teatrów – ci zaś mają swoje upodobania i preferencje. Nie bez znaczenia jest fakt, że większość z nich to biali mężczyźni. Nikt nie mówi, że wszyscy z premedytacją wykluczali z repertuaru dramatopisarki. Ta sama sztuka, gdyby zmienić nazwisko autora, może być przez osobę decydującą o repertuarze przeczytana lub nie. Doszło do tego, że niektóre pisarki skracają swoje imiona lub nazwiska, aby nie można było poznać płci i by lepiej sprzedawać swoje sztuki. Statystyki były i są szokujące, co wywołuje pytanie, dlaczego w Ameryce jest wiele dramatopisarek, a jednak ich sztuki nie są wystawiane równie często jak sztuki dramatopisarzy?
JEDNA Z NAJWIĘKSZYCH
Koniec tego roku też jest dla niej łaskawy. W listopadzie zdobyła prestiżową nagrodę The Arthur Miller Legacy Award 2023, która przyznawana jest najlepszym dramatopisarzom w amerykańskim teatrze. Majok odebrała w Nowym Jorku statuetkę z rąk reżyserki Rebecci Miller, córki Artura Millera, jednego z najsłynniejszych dramaturgów XX wieku, który ufundował tę nagrodę.
A na początku grudnia, jak donosi „American Theatre”, Polka triumfowała ponownie – zdobywając Steinberg Playwright Awards 2023, nagrodę znaną również jako „Mimi”, przyznawaną co roku najwybitniejszym dramatopisarzom na wczesnym i środkowym etapie kariery. Tegorocznymi laureatkami zostały Martyna Majok i Mona Mansour, amerykańsko-libańska dramatopisarka znana z serialu „New Amsterdam”, którego jest scenarzystką. Obie zdobyły grant po 100 tys. dolarów.
– Martyna Majok to głos zupełnie wyjątkowy. Imigrantka z Europy Wschodniej, tworzy postacie, które mimo ogromnych niedostatków: finansowych, edukacyjnych i kulturowych walczą o to, by postępować właściwie. Nobilituje osoby marginalizowane przez społeczeństwo, przywracając wszystkim sprawczość i status bohaterstwa. Jej sztuki są intymne, ale epickie, niezwykle szczegółowo przedstawiają ludzkie zachowania, a jednocześnie łączą je z najgłębszymi ludzkimi dylematami. Jest jedną z naszych największych – tak dyrektor artystyczny Teatru Publicznego, Oskar Eustis, uzasadniał zwycięstwo Majok. Członkini Komitetu Doradczego nagrody Hana S. Sharif, dodała: – Ma wyjątkowy dar odkrywania głębi i odporności naszego człowieczeństwa na wszelkie miażdżące przeciwności losu.
To kolejny dowód na to, że amerykańskie środowisko teatralne, które jest wyjątkowo konkurencyjne i wymagające, w pełni ją zaakceptowało. Ona sama zdaje sobie z tego sprawę, choć jednocześnie wyznaje, że „codziennie walczy z poczuciem, że jest niewystarczająco dobra” i czuje ogromną presję oczekiwań, bo gdy zaczynała, pisała po prostu rzeczy, które uważała za ważne. Teraz ma poczucie, że jej praca jest nieustannie oceniana. Do tego doszła sława, wywiady w ważnych mediach (np. w „New York Timesie”), a także pierwsze duże pieniądze. Jednak wciąż pozostaje skromną dziewczyną z Bytomia, która z rodziną rozmawia po polsku, a za nagrody dziękuje w nowym języku.
– Ten zaszczyt naprawdę zmienia moje życie. Jestem niezmiernie wdzięczna za możliwości artystyczne, jakie daje mi ta nagroda, oraz za motywację, jaką ona we mnie wzmocni, do dalszego opowiadania historii. Znalezienie się w tym niezwykłym gronie inspirujących dramaturgów, tych wspaniałych twórców amerykańskiego teatru, niezwykle uczy pokory – powiedziała na wieść o Steinberg Playwright Awards 2023. – Dziękuję z całego serca fundacji Steinberg Charitable Trust za ich niesamowite zaangażowanie w naszą formę sztuki i za ich niezwykle hojną wiarę we mnie. Wciąż nie mogę się otrząsnąć i czasami płaczę z wdzięczności. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione